Artykuły o nas i naszej wyprawie w internecie: http://turystyka.wp.pl/kat,3,title,europa-2010szlakiem-stolic,wid,11244265,artykul.html http://www.odyssei.com/patronat-odyssei-europa-2010szlakiem-stolic/1839_news.html http://www.politycznie.pluru.pl/wakacje-z-dwoma-pedalami http://4outdoor.pl/pl/news/4460/europa-2010-szlakiem-stolic-czyli-ponad-13-tys-km-na-dwoch-kolkach http://wyprawy21.cykloid.pl/relacje/2010-stolice-europy/stolice-europy2010.php http://bikefama.pl/turystyka,-wyprawy-rowerowe,-trasy,-wycieczki/europa-2010-szlakiem-stolic.html http://www.forumrowerowe.org/topic/66378-wyprawa-europa-2010-szlakiem-stolic/ http://euro-trip.navigeo.pl/plan/wyprawa-rowerem-dookola-europy-21-panstw-19 http://www.nj24.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=7135&Itemid=50 Tutaj w formie opisowo-humorystycznej przedstawiłem najważniejsze fakty dotyczące pierwszego, zakończonego etapu wyprawy Europa 2010...szlakiem stolic. Przejechaliśmy 6200 km i odwiedziliśmy 14 krai. Na końcu podziękowania dla tych, którzy nam pomogli czyli sponsorów i patronów. Autor:Piotr Jędrzejak Awarie: Kto by pomyślał, że kuchenka Coleman, która jest tak zachwalana na forach internetowych odmówi posłuszeństwa już w drugi dzień( na terenie Czech), gdy zmęczeni upałem zdecydowaliśmy, że nagrodą za trudy dnia będzie spaghetti oraz przysmak rodem z miejscowego Tesco czyli konserwa turystyczna(nie jedzcie tego;) oraz sos bolonese. Oliwy do ognia dodał fakt, że kuchenka ”umarła” tuż po tym jak jeden z nas, czyli ja- skonsumował tą nieprzeciętną „mieszankę”…dla drugiego kuchenka już nie miała cierpliwości( Seweryn naprawdę nie było czego żałować, uwierz mi;) Po tej awarii po krótkiej wymianie zdań wiedzieliśmy, że stan naszych żołądków będzie bezpośrednio zależał od tego co zaoferują nam tanie bary oraz niezastąpione supermarkety ( w tym jeden szczególnie -Lidl, na widok którego mój kompan dostawał napadu euforii połączonego z drganiem różnych części ciała; do dziś nie dowiedziałem się czemu akurat Lidl miał tak kolosalny wpływ na jego rozwój emocjonalny;) Szprychy jak to szprychy lubią pękać…na przestrzeni 1000 km mieliśmy w sumie 5 takich przypadków ( Seweryn-3, ja-2 ) Za pierwszym razem z pomocą przyszedł nam bardzo miły Węgier, który dostrzegł naszą dwójkę „wypoczywającą” na miejscowym trawniku( dosłownie rzecz ujmując legliśmy bezwładnie i czekaliśmy na jakiś cud-tak to jest jak nie zabierze się tego, co potrzebne!;) Węgier okazał się na tyle miły, że podwiózł Seweryna do miejscowego Decathlona, gdzie tam panowie za „symboliczną” (MASAKRA!)  opłatą naprawili kółko. Zatem jedziemy dalej… Drugą awarię mieliśmy na Słowacji…tu było znacznie ciekawiej hehe Po tym jak Seweryn zaliczył „ wywrotę” spowodowaną zbyt dużą szybkością podczas zjazdu i ślizgiem na piasku zakończoną lotem do rowu ( nikt mi nie powie już, że rower z 30 kg bagażu nie może poszybować w powietrzu ;) udaliśmy się do sklepu, gdzie okazało się, że jedynym lekarstwem będzie wymiana całego koła. Kolejne drobna awaria to uchwyt do GPS-a, pęknięte sztućce, uszkodzony alarm rowerowy(deszcz)…nie warto wspominać;) Ale czemu ten rower nie może ustać, gdy wydaje się, że stoi stabilnie oparty o ścianę?! Tendencja jest taka, że po piątym upadku już go nawet człowiek nie łapie;))) Dla każdego kto wybiera się w długą wyprawę mam pewną poradę-siodło musi być jak najwygodniejsze ( Sakwiarze polecają „ Brooks’a).W przeciwnym razie czeka Was to co mnie- mniej „arystokratyczna” część ciała doznaje szeregu doznań niekoniecznie miłych: obtarcia, obicia itd. Nie będę wdawał się tutaj w szczegóły. Powiem tylko, że gdyby nie wymiana siodła, to musiałbym sobie du.. wymienić;) GPS-y, esy, floresy;) GPS sprawował się OK, ale parę razy wyprowadził nas w pole. Nie polecam go także „parować” na kierownicy z licznikiem bezprzewodowym- dystans może ulec zmianie. Oni się nie lubią tak do końca moim zdaniem;)To nie jest Bonnie i Clyde;) Pęknięte błotniki hmmm to zawsze przecież można skleić brązową taśma Prysznic nie nadający się do użytku…na szczęście sytuacja miała miejsce przedostatniego dnia w Rzymie. „Koczowaliśmy” 13 km od Rzymu(na ładnej polanie, otoczeni drzewami ), starając się być jak zawsze niezauważonym. Jeden z nas wziął sobie to jednak za bardzo do serca. Seweryn uzyskał po tej „akcji” przydomek „commando”. Wszystko działo się wieczorową porą, kiedy to w pełni przygotowani do wejścia na „pole namiotowe”( z zapasami wody do mycia i zakupami) chcieliśmy wejść na nie dyskretnie i nie zauważeni. Obydwa warunki nie zostały spełnione;) Należało pokonać rów…oraz poczekać na odpowiedni moment kiedy ulica będzie pusta. W końcu…wystartował!!! Ależ to była walka!!! 5 upadków na dystansie 2 metrów, 15 kg worek z wodą spadł 4 razy( dystans ten sam;), poharatane nogi itd. itp. Cel zdobyty, zuch chłopak, mogło być gorzej-mógł sobie np. nogi połamać;)! Prysznic jest teraz „upgradowany”- ma już 5 dziur zamiast jednej! Well done mate;) Swoją drogą prysznic kempingowy to cudowne urządzenie- kąpiel po całym dniu jazdy to coś, co działa jak narkotyk-następnego dnia znowu musisz to zrobić;) Co prawda w okresie „testowym” czyli pierwsze dwa tygodnie kąpiel to było raczej doznanie bardzo zjawiskowe, niespotykane, to mimo wszystko warto go zabrać. Polecam tańsze prysznice gdyż w cenie tego droższego na literkę „O” mamy około 8 tańszych…na różne literki;)( nasz był klejony raz i potem służył dalej ) Noclegi: Czy każdy z Was nie marzył o noclegu w bliskim sąsiedztwie lotniska i torów kolejowych? Ja też nie! A jednak tak było hehe Jeśli jednak ktoś potrzebuje namiar, to chętnie się podzielę…kierunek…Wiedeń lub Split:) Porada: obowiązkowo zabrać korki do uszu! Wszystko było spowodowane faktem, że miało być bezpiecznie. A gdzie jest najbardziej bezpiecznie? W domu. Cudzym?...czy to jest aż takie istotne?;) Bośnia i Hercegowina…oj długo szukaliśmy naszych 4 ścian. Nie wspominam o nietoperzach i spaniu na betonowej podłodze;) Ale ten Pan, który około godz. 7.00 przyjechał, powiedział „Ciao”, wyciągnął miarkę i zaczął mierzyć okna, po czym z uśmiechem na twarzy odjechał- to było coś!!! Co kraj to obyczaj hehe. Smaku całej sytuacji dodaje fakt, że byliśmy na terenie jego budowy; to co zobaczył to namiot rozbity na parterze jego domu a w środku… dwóch zdziwionych turystów z wybałuszonymi oczami zajadających musli. Po tych dosyć extremalnych doznaniach czas na coś bardzo miłego. Malutka kamienista plaża, nikogo dookoła i jedynie co jakiś czas przepływający prom z turystami, którzy nie bardzo wiedzą, czemu ten nagi, zarośnięty gość wystawia tylnią cześć ciała, po czym….spacja…miało być miło;) Tak właśnie było w Czarnogórze, traf chciał że akurat kiedy schodziliśmy, to inna załoga zajmowała nasze miejsce. W kwestii wyjaśnienia zejścia oficjalnego nie było, ale jakie to ma znaczenie kiedy masz do czynienia z „commando”;) Rowery Brennabor’a spisywały się świetnie, czasami nawet były użytkowane w warunkach typowo downhillowych. Po długich poszukiwaniach w końcu znaleźliśmy nasz „kawałek podłogi”. Wiązało się to z długim zjazdem oraz równie długim podjazdem-takie są już te chorwackie wybrzeża. Jak się potem okaże kawałek ten będzie mocno nietrafiony. Postanowiliśmy „ przykleić się” do pola namiotowego niczym huba do drzewa. Związek ten okazał się jednak bardzo krótki…około 2 w nocy budzi nas światło latarki człowieka z ochrony pola(taką robotę sobie wybrał chłopina, nie jego wina; wybaczam Ci ;), który każe nam opuścić teren( należący także do pola namiotowego). Po około 15 minutach pertraktacji dogadujemy się pod warunkiem opuszczenia terenu o 6.00 rano…co rzecz jasna nie następuje po tak nieprzespanej nocy. Dodatkową atrakcją tej nocy jest kret…niekulturalny, młody człowiek, który dla zabawy budzi nas swoim okrzykiem około godziny 3.Po tych doznaniach nocy letniej czeka nas już tylko długi, głęboki sen…do 6.40 hehe…pobudka Kraj w którym najszybciej wzrastają ceny-Chorwacja. Po około 2 godzinach szukania noclegu w Rijece i wielu ciekawych sytuacjach m.in. trafieniu na plażę, którą jeden z „kochających inaczej” opisał jako miejsce intymne oraz rozmowie z miejscową policją patrolującą strefę przybrzeżną (a było tak blisko…mieliśmy miejsce, trawę do wyścielenia podłoża i widok na morze ) trafiamy na kemping. Tutaj właśnie następuje śmieszna sytuacja. Podczas pierwszej wizyty na kempingu cena wynosiła 15 Euro….po około 2 godzinach wynosi już 16 Euro…ach te podwyżki;) Dłuuuuga rozmowa z obywatelem Pakistanu-recepcjonistą spełza na niczym; widocznie u nich takie podwyżki to normalna sprawa;)Uff…jest spanie….jest cywilizowany prysznic…mam ogoloną twarz…i śpię na kawałku twardej ziemi…za jedyne 16 Euro;) My nazwaliśmy to „włoski PGR”. W rzeczywistości było to bardzo nowoczesne gospodarstwo rolne. Z braku laku wybraliśmy je na nocleg. Brama gospodarstwa szeroko otwarta zaprasza na swoje włości. Miejsce całkiem dobre: pod koroną drzewa. Coś jednak musiało nie pójść po naszej myśli: „szczekacz” i do tego wredny, nie pozwalający zasnąć mimo włożonych korków do uszu. Nad ranem zaś odwiedza nas właściciel „szczekacza”. Okazuje się jednak bardzo wyrozumiały i pozwala nam spokojnie opuścić teren:) To wszystko przez nich…to oni nas zachęcili. Cała sprawa miała miejsce wieczorem pod klasztorami Meteory. Zachęceni widokiem kierowców w kamperach, którzy zaparkowali pod klasztorami z myślą spędzenia tam nocy, rozbijamy nasz „ wigwam”. I pojawiają się „ oni”.NO SLEEPING! NO CAMPING!I tutaj znajomość języka obcego się kończy;) Najpierw przeganiają właścicieli kamperów, potem przychodzi kolej na nas. Tylko po co te latarki, które sprawiają, że człowiek traci orientacje gdzie co jest…i to we własnym namiocie. Ale i tak było warto. Wkrótce znaleźliśmy ciekawe miejsce do spania, gdzieś w połowie wzgórza na szlaku trekkingowym. Dzisiejszy program sponsorują literki „G”i „P” jak „Grecka Policja”. Gorąco pozdrawiamy;) To był niesamowity dzień. Najpierw miasteczko Cassino a potem wieczorny podjazd na Monte Cassino-nasze miejsce na ziemi włoskiej, miejsce tak ważne dla każdego Polaka. Miejsce, w którym warto się zatrzymać, wyciszyć, pomyśleć. Spotkaliśmy tam rzecz jasna naszych rodaków. Nie mogliśmy sobie odpuścić widoku wzgórza i cmentarza za dnia; w związku z tym długo szukaliśmy dogodnego miejsca. Była polana koło cmentarza, był sad winogronowy…finalnie wylądowaliśmy koło zrujnowanego domu, ok. 1 km od cmentarza Monte Cassino. Tam na pewno warto będzie kiedyś wrócić. Ludzie: Polscy rajdowcy w Czechach, których spotkaliśmy podczas jakiejś super, mega ważnej imprezy dla nich( rzecz jasna zapomniałem jakiej;)…ale dawali ognia tymi swoimi fursonami!!! Mimo wyżej opisanej sytuacji na polu namiotowym w Chorwacji nadal jestem zdania, że Chorwaci to bardzo miły i gościnny naród. Spragnieni, głodni, zmęczeni, spragnieni( tak własnie-nacisk na to słowo!) pokonujemy kolejny chorwacki podjazd, w bidonach resztki…udajemy się do gospodarstwa uzupełnić zapasy wody. Tutaj następuje miłe zaskoczenie-uzupełniamy zapasy wody oraz próbujemy przepysznego, domowego wina( w zasadzie dwóch):). Gości nas Pani Mama z synem- zimne wino w piwnicy w ilościach ponadprzeciętnych, gdy temperatura na zewnątrz powoduje wrzenie wody to jest właśnie to, czego spragnieni rowerzyści potrzebują najbardziej! Żał było wychodzić. A jak się potem lekko jechało! Od tamtego czasu nie wożę już wody w bidonie…;) Kto by pomyślał, że wszystko zacznie się od pytania o drogę;) Noel to była bardzo ciekawa persona; rodem z Izraela, około 70 lat,  15 lat na rowerze, w ciągłej podróży, przerywanej od czasu do czasu po to, żeby zarobić na dalszy byt, bez domu; za to z potężnym bagażem doświadczeń, z którego i my skorzystaliśmy oraz bagażem rowerowym-75 kg!!! Spotkaliśmy go na drodze z Zadaru do Splitu. Szacunek dla tego Pana, pewnie nadal gdzieś pedałuje…. Szczególnie ucieszyło nas spotkanie naszych rodaków na Bałkanach-bardzo miłej pary z Wa-wy, na drodze z Trebnije do Herceg Novi ( Czarnogóra ), z którymi wymieniliśmy sporo uwag odnośnie doświadczeń i informacji technicznych dotyczących sprzętu( poziom wiedzy technicznej u Pani był zaskakujący…zaczęły fruwać pojęcia w stylu : „ Brook’s, Schwalbe, Ortlieb, Crosso itd.). Parka odpoczywała sobie w cieniu, podczas gdy my wdrapywaliśmy się na kolejną górę. Flaga na piersi pozwoliła na szybkie rozpoznanie-są „ nasi”:)Potem wspólna jazda przez około 10 km, pożegnanie…i zdjęcie upamiętniające spotkanie. W Czarnogórze, w mieście Budva spotkaliśmy także Patricka i Mireie z Barcelony. Siedząc na murku i spożywając obiad-jogurt i rogaliki przypatrywał się nam młody człowiek. Przypatrywał się nam do tego stopnia, że zaczęliśmy się zastanawiać jakie ma zamiary i o co mu chodzi. W końcu wykoncypowałem patrząc na Seweryna, że „ miłość nie wybiera”…będę musiał jechać sam, ale za to kompan będzie żył długo i szczęśliwie, może nawet któregoś dnia ZAŁOŻĄ rodzinę;) Poważnie rzecz ujmując był to nikt inny jak nasz kamrat, który przejechał na rowerze 27 tyś km: Barcelona-Turcja-Egipt-Iran-Chiny-Himalaje-Japonia. Robi wrażenie. Po krótkiej pogawędce zaprasza nas do Barcelony( Seweryn wiem, że byłeś wtedy zazdrosny;) Fakt, że Włochom się nigdzie nie spieszy jest już potwierdzony…ale, że wybierają się na wyprawę z Mediolanu do Odessy na czymś, co wygląda jakby już przejechało 70 tyś.km , to zasługuje na chwilę medytacji i wyciszenia;) Tych Panów spotkaliśmy w Mostarze. Trzygodzinna pogawędka przed marketem…hmmm… długo ale ciekawie. Rozmowa z trenerem karate z Bośni i Hercegowiny, który opowiada nam o stosunkach z krajami ościennymi oraz polityce krajowej. Na koniec w celu zacieśnienie kontaktów zaprasza na kielicha; niestety musimy odmówić ( prawdziwi sportowcy nie piją …dużo;) Dodatkowym atrybutem wypraw rowerowych jest to, że można spotkać innych „sakwiarzy” i wymienić się doświadczeniami. Tak też było w Albanii, gdzie spotkaliśmy 20-letniego Pawła z Dzierżoniowa-samotnego podróżnika, który zwiedzał Bałkany. Paweł polecił nam wybrać się na osobną wyprawę po Rumunii. Był zauroczony widokami i nie zgadzał się ze stereotypem” Rumuna”. Wskazywał przy tym, że jest to naród bardzo gościnny i służący pomocą. Paweł wybrał metodę „ na gospodarza”, którą stosował podczas swojej wyprawy. Chcesz pojeść za darmo…pojedź do Macedonii:) Lista jest długa: -zaproszenie na lody -Coca Cola i woda od przechodnia zainteresowanego: kim jesteśmy, co tutaj robimy i gdzie jedziemy -frytki i czaj w małym fast-foodzie -spotkanie ze starszym Panem-rowerzystą ze Skopje, którego spytaliśmy o drogę a on zdecydował, że na tym się nie skończy, pokazał nam miasto i zaprosił na zimne, pyszne piwko. Macedonia ogólnie przypadła nam do gustu, gdyż jest fajnie, tanio, ludzie są bardzo przyjemni i wrócę do początku: JEST TANIO Hamburger wielkości ręki Andrzeja Gołoty kosztuje równowartość 1 Euro:) Akcje: Tytułem wstępu muszę nadmienić, że Seweryn jest fanem trunku zwanego Mleko. Nie muszę więc specjalnie tłumaczyć jaka była jego reakcja, gdy zobaczył urządzenie o wdzięcznej nazwie” Mlekomat” oraz młodą Panią, która właśnie z niego korzystała ( w końcu nie wiem czy to była reakcja na Mlekomat czy na Panią );) Cytuje Seweryna: „ Tanie, świeże i zimne mleko….tylko na Słowenii…gorąco polecam”…no ma gościu talent;) Bez jedzenia, bez picia, o godz. 21.00 utknęliśmy w górach na półwyspie Istria, podjazd ma jakieś 20 km, nachylenie 9%. Przy dobrych wiatrach będziemy po drugiej stronie góry o 23.00, przy złych wiatrach około 00:30. Pada decyzja, ktoś musi nam pomoc. Wersja ekspresowa zakłada przejazd tunelem…rzecz jasna tylko dla samochodów. Tutaj niebiosa zsyłają nam TIR-owca, który okazuje się na tyle łaskawy, że zabiera nasze rowery na przyczepę ( jadą sobie spokojnie w towarzystwie kilkunastu ton betonu) a my sami jedziemy wygodnym TIR-em. Po przejechaniu tunelu czeka nas już tylko prosta droga do Rijeki. Przedtem decydujemy jednak, że należy wynagrodzić jakoś naszego wybawcę. Dajemy mu 5 KUN ( po chwili zastanowienia stwierdzamy, że był to duży niewypał; za 5 KUN nawet sobie chłopina piwka małego nie kupi…sorrryyyy;) Nazwałbym to po prostu jedna, wielka…kupa;) Czarnogóra….droga z Podgoricy do Baru…budzimy się nad ranem, patrzymy na mapę, Seweryn dostrzega skrót, który ma nam ułatwić przebijanie się przez góry. I to był błąd. Skrót nazywa się bardzo dumnie:  MTB Road. Brzmi zachęcająco, czyż nie? Nic bardziej mylnego. Sam skrót to jakby droga betonowa, pod którą ktoś włożył w równych odstępach ładunki wybuchowe i zdetonował. Nie jest to jednak dla nas wielka przeszkoda;) Zeskakujemy z naszych rumaków i w palącym słońcu przebijamy się powoli do przodu. Jakie jest jednak nasze zaskoczenie, kiedy na końcu drogi wyłania się tunel. No cóż tunel jak tunel, trzeba go pokonać. Tunele mają to do siebie, że jak patrzy się nie jeszcze przed wejściem, to wydają się krótkie a jak już tam wejdziesz, to czas jakby zatrzymał się w miejscu. Podobnie było i w naszym przypadku. Smaku całej sytuacji dodawał fakt, że po jakiś 10 minutach stwierdziliśmy, że to co jest pod naszymi nogami to nie koniecznie musi być błoto. Moje pytanie brzmi: po jaką chole…ktoś wpuścił tam krowy? ( innych pytań nie przytoczę, ze względu na użytą terminologię );) Po jakiś 30 minutach jest światełko…i do tego w tunelu. Jest wyjście! Widok jest jednak powalający, o zapachu nie wspomnę! Teraz rower mógłby się nazywać np. KW czyli Krowi Wybryk albo KF czyli Krowia Fantazja;) Następne 2 godziny zajmuje nam dokładne mycie roweru! I to nie był ostatni skrót, który w rzeczywistości niczego nie skrócił;) Podobno „pożyczone” smakuje lepiej;) Zauważył je Seweryn…leżą sobie na słońcu i się wygrzewają…potężne….zielone…i do tego za darmo …arbuzy. To była szybka akcja…a po niej uczta i…znowu przesadziłem. Dzięki Seweryn, znowu rzuciłeś mi papier toaletowy w ostatnim momencie;) Po uczcie wracamy oddać jeden, nie skonsumowany arbuz a tu nagle wyłania nam się dwójka turystów. Po krótkim zapoznaniu okazuje się, że chłopaki są ze Szwajcarii. I problem zapasowego arbuza rozwiązany. Dokonujemy handlu barterowego-oni mają arbuza, a my mapę:) Myślę, że ten arbuz to była jednak jakaś kara. Na granicy z Albanią dokonuje się w moim żołądku prawdziwy Armagedon. Ofiarą jest kibel ( bo nie sposób nazwać tego czegoś toaletą ) na granicy z Albanią, w którym zacinają mi się drzwi i jestem prawie zmuszony wychodzić górą. Brak papieru oraz wszechobecny fetor to tylko jedne z niewielu czynników wpływających na potężny dyskomfort tego pomieszczenia. Co do papieru, to gdyby nie szybka interwencja Seweryna i podanie mi go w…ostatnim momencie, to byłaby z tego niezła afera;) Czasem jest tak, że chce się jechać szybciej, ale…nie no da się!:) Pod warunkiem, że przebijemy się do strefy płatnej na „speedway” i wtedy mamy pewność, że prędkość średnia nie spadnie poniżej 35 km/h:) Cały sekret tkwi w tym, żeby wjechać tam nie zauważonym. A w tym rzecz jasna jesteśmy najlepsi;) Metodę wjazdu na strefę płatną można opisać generalnie paroma słowami: nie patrzeć na boki, tylko jechać i do tego szybko. Taką zasadę przyjęliśmy w Macedonii, gdzie zresztą (jak się później okazało) prawo jest bardzo tolerancyjnie nastawione do rowerzystów. Podobnie jest w Grecji- tam bardzo miły policjant poprosił nas, żebyśmy kontynuowali jazdę następnego dnia. To się nazywa policjant przyjazny obywatelowi:)Nie próbujcie tego we Włoszech! My już wiemy, że tam już tak lekko nie jest a Panowie są bardzo skorzy to przyjmowania „gratyfikacji” finansowych za przymknięcie oka na niektóre sprawy; dają przy tym jawne sygnały o co im chodzi, co by nie było żadnych wątpliwości. Od nas rzecz jasna nic nie dostali; odpuścili sobie po 25 minutach tłumaczenia, że mamy tylko pieniądze na jedzenie i posiadamy tylko 30 Euro na przeżycie (powinienem zająć się pisaniem bajek;). Fakt, że posiadamy tylko 30 Euro powtórzyłem jakieś 20 razy…jak widać pomogło;)Dodać jeszcze trzeba, że działo się to na 3-kmowym!!! odcinku z Amalii na Pompeje. I to się nazywa pech! Finalnie jednak 1:0 dla nas! Podobnej metody próbowaliśmy w Czechach, ale tam także nie było tak łatwo…skończyło się na tym, że musieliśmy zjechać na drogi lokalne. To samo tyczy się Austrii. Tam panowie są znacznie bardziej formalni i ciężko się z nimi pertraktuje;) Wszak można i trzeba! Chętnych widoku niezapomnianych czystych plaż oraz lazurowego wybrzeża i nienagannych zasad kultury zapraszam do Albanii…(ironia). Poważnie rzecz ujmując będziemy starać się omijać tą krainę dużym łukiem. Każdy z Was zastanawia się teraz dlaczego. Podam jeden z wielu przykładów. Góry…powalające widoki…młody mężczyzna z osiołkiem….istna sielanka…byłaby, gdyby nie fakt, że trzymał w ręku worek wypełniony po brzegi śmieciami, który lotem swobodnym- opadającym poleciał w przepaść górską( cytuję Seweryna:”…no i sru…poleciał”) ku naszemu potężnemu zdziwieniu. Widoki takie jak ten dziwią jedynie ludzi z „ zewnątrz”. Dla miejscowych to rzecz całkowicie normalna, tak samo jak góry śmieci na plaży i generalnie wszędzie, gdzie jest wolny m2 powierzchni. Po pewnym czasie zauważyliśmy, że obowiązuje tutaj zasada: „ masz śmieci, to je wywal, gdyż śmietnika i tak nie znajdziesz, a nawet jak znajdziesz, to i tak jest tak przeładowany, także nie potrzebnie go szukałeś”. W Albanii wiele rzeczy zaskakuje- widok zabitej krowy leżącej na drodze lub „rzeźnia”-dosłownie cielaki ubijane koło drogi i potem wieszane na hakach w sklepie znajdującym się 5 metrów dalej-podobno tak jest najbardziej higienicznie a poza tym mięso nie przechodzi przez ręce pośredników…czysta ekonomia…hmmm…coś w tym jest;) Ktoś mądry wymyślił opony bezdętkowe; tylko czemu my musieliśmy się o tym przekonać na „pipidówce” zabitej dechami, gdy z nieba lał się żar 43 C i do tego w Grecji na stacji benzynowej, na której nikt nie staje. Tutaj wujek dobra rada przedstawi swoje przemyślenia: trzeba brać więcej dętek niż 2 na głowę! Generalnie próby wytrzymałości temperaturowej nie wytrzymały: łatki ( sztuk 7 ), 2 rodzaje klei do łatek+ super glue oraz klej od obywatela Pakistanu, który usilnie chciał nam pomóc-więcej było przy tym jednak obiecywania oraz wymachiwania rękami niż samego działania. Z tego co zauważyłem jest to dla nich typowe;)Notabene człowiek przyjechał ze swojego kraju do Grecji „ za chlebem” i pracował na tej właśnie stacji a spał na wystawionym na dworze łóżku pod gołym niebem; jak to niewiele potrzeba do życia;) Finalnie wyszliśmy z sytuacji obronną ręką; podjechaliśmy vanem wypełnionym chipsami do najbliższego miasta a to za sprawą miejscowego Greka, z którym wymieniliśmy się uwagami na temat życia w naszych krajach. Bardzo miło wspominamy rejs promem oraz Pana Bartka-TIR-owca z Polski z ponad 20-letnim stażem, którego tam poznaliśmy ( w zasadzie to on nas poznał po flagach PL na piersi;). Pan Bartek zdecydował, że takiej okazji nie może odpuścić i że należy uczcić to niebywałe spotkanie:) Dwa winka oraz piwko+ciekawa konwersacja= dobrze spędzony czas podczas rejsu z Patras do Bari. Pan Bartek przed spotkaniem z nami miał już pewną ilość promili we krwi, co po wypiciu z nami winek i piwka zakończyło się całkiem spektakularną „ wywrotą „ podczas próby powrotu do kajuty:) Mimo to następnego dnia pojechał chłopina w trasę, w pełni zregenerowany i wypoczęty. Po pójściu Pana Bartka do kajuty my też zaczęliśmy rozglądać się za noclegiem( Bilet za 60 Euro generalnie uprawnia nas do spania” gdziekolwiek jest jakieś wolne miejsce…praktyka okazuje się całkiem inna ). Pierwszą lokacją była sala telewizyjna, gdzie zostaliśmy obudzeni dwa razy; okazało się, że miejsca na których śpimy ktoś inny zarezerwował. Pierwsze budzenie zignorowaliśmy, za drugim razem musieliśmy się przenieść…na pokład. Na pokładzie „pospaliśmy” jakąś godzinkę. Tym razem przegonił nas bardzo mocny wiatr, który porywał wszystko, co akurat nie znajdowało się pod ciężarem własnego ciała. Finalnie padło na restaurację, gdzie jak się domyślanie znowu coś ( ktoś ) nas obudziło. Tym razem panowie z restauracji szykowali się do przyjęcia pierwszych gości i w związku z tym obudzili nas o 6.00. Jak się potem okazało samopoczucie po tej „ w pełni” przespanej nocy było całkiem w porządku. Popedałowaśmy pozwiedzać Bari. Niezapomniane miejsca: Buje-miasto położone na wzgórzu, w pół „wymarte”, idealne do kręcenia starego filmu Telc- bardzo urokliwa zabudowa kamienic w rynku Wiedeń, Budapeszt, Dubrownik…co tu dużo pisać, tam trzeba pojechaćPotrzebowałym dodatkowych 20 stron A4, żeby zawrzeć moje przemyślenia. Svet Stefan-zespół hoteli połączonych wąskim przesmykiem Klasztory Meteory- w mojej klasyfikacji 2 miejsce( na 1-ym miejscu zdecydowanie Rzym ze masą atrakcji turystycznych ) wśród wszystkich obiektów, które było nam dane widzieć podczas 1-go etapu. 5 klasztorów ulokowanych na szczytach gór w taki sposób, że zastanawiasz się, jak to było w ogóle możliwe w tamtych czasach. Dotrzeć na niektóre z nich można za pomocą windy lub mostu, wrażenia bezcenne. Warto było wspinać się na nie o 20.30 wieczorem, tylko po to, żeby zobaczyć je dopiero nad ranem. Kwestią uzupełnienia dodam, że miejscami, które można zwiedzić w trybie ekspresowym są Tirana i Podgorica ( odpowiednio ilość zdjęć: 2 i 3) ;) Minervino-miasto położone na wzgórzu, warto spędzić tam godzinkę lub dwie Gorące podziękowania Na koniec Pragniemy podziękować naszym sponsorom i patronom bez których ta wyprawa odbyła by się ale dzięki nim była znacznie ułatwiona. Firmie Brennabor- za super rowerki+osprzęt do nich- warunki w jakich przyszło im czasem jechać należały do bardzo wymagających-przejeżdżały przez rzeczki, wspinały się po ostrych szlakach górskich, w końcu pędziły z góry obładowane bagażem ; mimo tego poradziły sobie świetnie, będą z nami jeszcze bardzo długo. Należy też tutaj obowiązkowo napisać o człowieku, który jest odpowiedzialny za to całe pozytywne” zamieszanie” – Jacek Majcher, człowiek, który wie o co chodzi, jest dla nas bardzo pomocny, konkretny i z którym współpraca to prawdziwa przyjemność. Dzięki Jacek! Wiadomo jak ważna jest wygodna i wytrzymała odzież rowerowa-wszystkie te warunki spełnia odzież firmy BCM Novatex, ich spodenki i majtkospodenki z wkładkami ze srebra to prawdziwa rewolucja. Używaliśmy ich codziennie po 10-12h, podlegały wpływowi czynników zewnętrznych- bardzo mocne Słońce, ciągły kontakt z siodełkiem itd itp. Pranie polegało często na wrzuceniu ich do wody, schną w mgnieniu oka. Jest to odzież, która idealnie nadaje się do użytkowania na długich, wymagających trasach. „Dom” zapewnił nam Hannah. Namiocik zdał egzamin w 100%, woda nie zagościła w naszym namiocie; mimo, iż miała okazję 2 razy.Namiocik okazał się także bardzo komfortowy- 4 sakwy+ pozostały sprzęt i my i nadal mieliśmy dużo miejsca. Kurtki Hannah’a także sprawowały się super, często jako ochrona przed komarami; jednak w momencie próby także się sprawdziły- nie przepuszczały deszczu a nie zatrzymywały ciepła ciała. Co prawda temperatury w nocy pozwalały generalnie spać bez śpiwora, to jednak parę razy musieliśmy do nich wskoczyć. Bardzo fajne, kompaktowe śpiworki firmy Fjord Nansen, model Finmark zapewniają wygodę, są ciepłe a przy tym świetnie sprawdzają się w roli „ wyściółki” czyli żeby było miękko i równo a czasem nawet kołdry( po pełnym rozpięciu dają taką możliwość). Śpiworki podarował nam Skalnik z Jeleniej Góry. Inna firma z Jeleniej Góry „ Pro-bike” podarowała nam liczniki bezprzewodowe oraz łańcuchy. Licznik wskazywał nam kilometry do ostatniego dnia, będzie także z nami na następnym etapie. Kierował nami GPS Garmin Dakota 20, którego otrzymaliśmy wraz z mapami Europy od firmy Noteo. Pomógl nam wiele razy odnaleźć upragniony cel.Także działał w oparciu o baterie paluszki AA. Nie boi się deszczu i jest bardzo wytrzymały oraz solidnie wykonany. Czasem jako bliski partner kierownicy rowerowej leciał z nią bezwładnie na ziemię; mimo tego nie odmówił dalszego działania. Wiadomo jak ważna jest dobra bielizna oddychająca-tutaj świetnie sprawdzają się produkty firmy Brubeck- ich majtki i koszulki z długim rękawem są bardzo wygodne a przy tym dają uczucie komfortu podczas spania-nic nie ciśnie, materiał jest miły w dotyku. Były użytkowane regularnie, m.in. do spania. Design, który stosuje firma jest bardzo ciekawy i mi osobiście bardzo przypadł do gustu. Za dolną część garderoby odpowiadała firma Nordhorn-skarpetki z nitkami srebra dawały nam uczucie higieny oraz były bardzo wygodne. Materiał bardzo wytrzymały, produkt na długie lata. Po długiej analizie rynku wybraliśmy sakwy firmy MSX, które zakupiliśmy z przystępnym rabatem w  Szum Gum. Jest to produkt niemiecki, był poddany dużej próbie wytrzymałości. Sakwy spisały się wyśmienicie; nie oszczędziła ich woda, piasek, często lodowały na ziemi przygniecione rowerem. Nie zdarzyło się, żeby któraś z sakw wypięła się, co słyszeliśmy zdarzało się właścicielom sakw innych producentów. Mocowania spokojnie wytrzymały 6200 km. Następne tyle przed nimi. Sakwy dają możliwość dostosowania do szerokiej gamy bagażników na rynku. Nie uległy przetarciom, pęknięciom itd. Jako źródło paliwa gorąco polecić mogę ” Energy Gel 3 w 1” firmy Penco. Po zażyciu czułem jak moc w nogach wraca, mogę znowu połykać kolejne km! Ma przy tym bardzo fajny smak i łatwo przyswaja się w organizmie. Parę łyków wody i już wędruje po wycieńczonym organizmie. Jako przekąski w stanie wyczerpania energetycznego używaliśmy Power Bike Bar z firmy Nutrend, które podarował nam sklep Sport Profit z Wrocławia. Pozwalał nam na dostarczenie brakującej energii a co za tym idzie dalsze pedałowanie. Na koniec każdego dnia warto zregenerować organizm i uzupełnić stracony glikogen. Tutaj z pomocą przychodził nam napój Vitargo Gainers Gold. Należy przeprowadzać taką regenerację, gdyż czasem organizm spala takie ilości energii, że musi zostać odbudowany na koniec dnia, żeby kolejnego dnia rano można było jechać dalej. Nie sposób nie wspomnieć o drobnym upominku od firmy AirBike- bidony 0.7 l koloru białego idealnie pasowały do koloru rowerów, służyły dzielnie przed 2 miesiące, użytkowane w każdych możliwych warunkach.